Częściej patrzę się na Wschód, chyba patrzę tam od zawsze…

Dyplom

Opublikowany w Z głowy przez Robert Danieluk w dniu 10/02/2009

LOMOwschód - dyplom ASPKażda szkoła kończy się pracą dyplomową. W jednych wystarczy stworzyć pracę pisemną w innych trzeba jeszcze coś stworzyć. Zastanawiałem się przed wakacjami co mógłbym zrobić. Zamysły miałem bardzo wygórowane. Większość z pomysłów zanikła, okazało się, że takie rzeczy można zrobić przy Niedzieli. Inne wymagają więcej zaangażowania, jednak nie zamierzam ich porzucić. Tu natomiast zabrakło mi możliwości zrealizowania pomysłu. Z czasem zmieniły mi się moje plany i założenia czasowe. Spokojnie, wkładam je do mojej pomysłowej szuflady. Pewnie tak jak stary aparat poleży i wezmę go w dłonie. Kto tak nie ma?

Postanowiłem więc pokazać na dyplomie cykl LOMOwschód, który w zasadzie teraz mam na piedestale. Myślę, że cykl tych fotografii w jakiś sposób zatrzyma się, poczeka i ruszy ponownie. Nie ukrywam, ale jeśli pracuje się ze zdjęciami, tymi samymi od prawie pół roku, parę razy w tygodniu, mają prawo się opatrzyć. Nie zmienia to mojego podejścia do nich, ale chciałbym mieć już nowe.

Na ścianie wisi (jak na zdjęciu) 36 fotografii o formacie 21×30cm. Zastanawiałem się nad koncepcją całego cyklu. Co pokazać, jak pokazać i co wybrać. Koncepcja dojrzewała, a ciężko wybrać zdjęcia pod pewną idee. Gdybym założył sobie ten temat to pojechałbym i zrobił zdjęcia pod temat. Tutaj było odwrotnie. Do wykonanych zdjęć musiałem dorobić ideologię. Ciężka sprawa, ale nie ma rzeczy niemożliwych. Po setkach zerkań na zrobione zdjęcia wpadłem na pomysł pokazania pewnej samotności, pustki ludzi i miejsc.

Założeniem tego cyklu, nawet chodziła mi zmiana nazwy tego projektu na LOMOsovieticus, ale wtedy odczułbym, że odchodzę od tego co sobie założyłem. Fotografie wykonane radzieckim aparacikiem LOMO LC-A, miały przedstawiać kraje wschodnie okiem tandetnego turysty. Przeterminowane filmy, LOMO, wymuszona przypadkowość. Taki właśnie owoc starałem się pokazać i pokazałem. Przedstawione zdjęcia zostały podzielone na dwie części (szalenie ciężko było je ułożyć). Górna część – samotność miejsc. Dolna część – samotność człowieka. Tak jak by przez ten upadający (czy nawet upadły) system nie mógł się odnaleźć.

Tak jak by osoba fotografująca, kupiła film, wsadziła go do aparatu i zrobiła 36 zdjęć na jednym filmie. Potem oddała go do taniego laboratorium i otrzymała odbitki. Każda w innym kolorze, dziwnie wykadrowana (na każdym zdjęciu widać więcej niż tylko zdjęcia, czasem nawet perforację). Same fotografie przedstawiają niby to przypadkowe kadry, miejsca, ludzi. Fotografia tandetno-turystyczna. Czy mi się to udało? Chciałbym poczuć świeżość umysłu fotografującego, osoby która ma gdzieś wszelakie kompozycje, światło. Zazdroszczę :) (ale tylko czasem).

Zadaję sobie pytanie co dalej z tym LOMO. Odpowiadam, że mam ochotę na coś nowego, jednak kiedy patrzę na te fotografie, żal było by odstawić ten aparat i ten styl fotografii. Tym chciałbym podkreślić, że nie ulegam modzie lomografii, bo większość z tych osób zrobię 4-5 filmów i odstawi, sprzeda odda. Ja nie oddam, nie zostawię, a nowe filmy czekają.

Tyle.