Pełną gębą
Wiosna już wdarła się w miejskie życie. Wspaniale. Po dniach jakie lecą mi przez palce, mam dziwne wrażenie, że ta wiosna wdarła się także w ludzkie mózgi. NA ten przykład po załatwionych sprawach bankowych wracałem metrem do Centrum. Nagle na jednej ze stacji wpadła kobieta, która w jakiś sposób doczepiał się do kobiety siedzącej koło mnie. Krzyczała, że jest królową Anglii, że ma królewską krew, a jej mężem jest książę Karol. Kobieta z szalikiem Arsenalu, wydawała się prawdziwa i przerażająca. Boje się takich ludzi. Nagle odstąpiła od swoich krzyków i usiadła gdzieś daleko. Po chwili wróciła i tym samym głośnym, przerażającym tonem wdzierała się w głowy współpasażerów. O tym jak jej synowie jeżdżą na nartach w Szwajcarii i o tym co zrobić by miała więcej pieniędzy. Ludzie oniemieli, ja wysiadłem.
Wczoraj moja legitymacja studenta ASP przestała być ważna. Koniec ulg, w Niedzielę koniec wszystkich ulg. Moje ciało i umysł jeszcze nie przestawiły się na nową porę roku, a to wszystko jeszcze bardziej uświadamia mi, że coś się skończyło, coś zaczyna. Poczułem w sobie wiek i ten czas. Dziś jak wczoraj, dwa różne dni. Dziś jest gorzej, jutro pewnie będzie lepiej.
Szykuje się do wyjazdu, cieszy mnie to szalenie, brakuje mi wschodu i nas tam.
Protest
Piękna sobota, słońce rozgrzewa ludzkie twarze. Przed godziną razem z Mateuszem, docieramy pod Hale Banacha. Za kilka minut ma rozpocząć się wiec w obronie bazarku. Stoimy wśród ludzi, jakieś krzyki, dyskusje. Wszyscy zebrali się w słusznej sprawie, tak jak nie znoszę KDT (Kupieckie Domy Towarowe), tak za bazarkiem stoję. Ten bazarek (Ochota/Szczęśliwice) to moje dzieciństwo. Gdy koledzy grali w piłkę ja szukałem tu ciekawych komiksów, dziś władze miasta chcą tu wybudować wielki budynek i zlikwidować handel w takiej postaci jakiej jest. Rozumiem.

Jednak nie rozumiem dlaczego wszystko sprowadza się do…Żydów. Fotografowałem spokojnie, nagle jedna Pani zapytała dla kogo pracujemy, oczywiście dla tej żydówy(!) Hanny Gronkiewicz-Waltz. Nagle poczułem się jak w Radiu Maryja. Rozumiem, że działania Pani Prezydent nie są słuszne, a ktoś w tym wszystkim chce zarobić, ale dlaczego do wszystkiego mieszają Żydów? Zresztą dźwięk jaki nagrałem mówi wiele. Potem Pani naciskała czy na pewno jej nie zrobiłem zdjęcia, że umiera, że się boi (czego?). Zmieniliśmy miejsce. Nagle znowu się pojawiła Pani i powiedziała, że jak zobaczy gdzieś swoje zdjęcie to pójdzie do…Lecha Kaczyńskiego. Znowu mówiła, że umiera. Wtedy się zdygałem. Nie chciałem mieć owej Pani na sumieniu i uciekliśmy. Ona gdzieś krążyła, my zniknęliśmy gdzieś między budami.
Trzeba jeszcze tam pochodzić i obfotografować, bo kto wie czy za jakiś czas znów na mapie Warszawy pojawi się kolejna mierna budowla, niszcząca wspomnienia, historię i miejsca pracy.
Sergiusz
Największy pomnik poświęcony walce sowietów z nazizmem (czytaj pogrom Niemców, chęć zawładnięciem świata = to samo) około 15 km od Mińska na wschód. Na zdjęciu od lewej: kurhan sławy, kwiatek i Sergiusz. To właśnie On jest bohaterem tego wpisu. Białoruś obchodzi swój Dzień Niepodległości, nie uznawany przez obecne władze. Rozumiem, że historia jest zła i nie ma czego kultywować, ale ta część historii jest jedynie słuszna, ale nie o niej chcę tu pisać. Historia tego zdjęcia jest śmieszna lub mniej śmieszna. Chciałem zabrać sobie kwiatek który był umieszczony właśnie pod tym pomnikiem, Sergiusz pogroził mi palcem. Gdzieś za krzakami czuwał milicjant, obrońca prawdy, słuszności i jedynego racjonalnego zachowania. Odłożyłem. Kiedy zeszliśmy już z kurhanu, milicjant sprawdził czy aby niczego nie zniszczyliśmy. Ja dokonałem zniszczenia, nakleiłem naklejkę inki-pinki. Pewnie odkrył mój zamach na monument i oderwał. Sergiusz ma dziś urodziny i to właśnie dzięki niemu mogę, mogłem i będę mógł jeszcze nie raz odkryć piękno Białorusi.
Już umieszczałem na fotoblogu zdjęcie tego miejsca, ale gdyby ktoś nie pamiętał to ponawiam publikację (Kwiecień 2008)
Usłysz Białoruś
Wczoraj w Warszawie odbył się koncert z cyklu: pogramy i uwolnimy braci spod jarzma sowieckiej pięści Cara Putina i Cara Aleksandra I. W zasadzie koncert Usłysz Białoruś ma swoją misję. Dobrze, ciekawie, gra muzyka, młodzi ludzie pokrzyczą razem z Białorusinami Żyvie Bielaruś! i pójdą do domu, na piwo – normalka. Byłem na wszystkich koncertach z akcji Wolna Białoruś, ale w tym roku sobie darowałem. Na scenie szanowani, utalentowani artyści i goście z Białorusi. Nie było mnie tam. Po pierwsze niebo płakało, po drugie nie wierzę w demokrację na Białorusi. Kiedy byłem w kwietniu w Mińsku, jechałem autobusem z jednej z dzielnic do samego centrum. Patrzyłem dobrym okien na ludzi, na ten środek transportu. Nagle dotarło do mnie jak bardzo im daleko do “Europy”. Białoruś to żaden zacofany kraj, jest tam bardzo bezpiecznie, a po ulicach nie biegają pijane niedźwiedzie. Problem siedzi w najważniejszym miejscu człowieka – w głowie. Jadąc nagle uświadomiłem sobie, że żadne krzyki w Warszawie, Berlinie czy Mińsku nic tu nie zmienią. Osobiście jest mi z tego powodu przykro, bo znam wielu Białorusinów żyjących zarówno w Warszawie jak i na Białorusi, że ten ich kraj choruje. Kiedy z jednej strony stoisz na przeciwko betonowego Lenina, słysząc prawdziwy śpiew Białorusi, ściska serce. Ten naród ma w sobie wielki potencjał, ale kiedy poznaje się codzienną mentalność białoruską to ja proszę was, chowam opaskę Wolna Białoruś, której nigdy nie miałem, wyciągam zegarek i czekam, aż odejdzie pokolenie ludzi którzy (a tak!) byli i są nadal mentalnie trzymani za mordę. Dlatego w tej kwestii nie będę chodził i krzyczał pod Ambasadę Białorusi, bo to nic nie da. Albo Pan L odejdzie, albo wydarzy się jakiś cud u naszych sąsiadów to może nabiorę nadziei, że ten kraj skieruje się na zachód, nie na wschód. Jednak jak sam już wiem, nie ma co na siłę nikogo zmuszać. Zresztą jak powiedział mi kiedyś mój białoruski przyjaciel: nie ważne kto będzie rządzić, czy sowiet, czy demokrat, oni i tak za nim pójdą. Tam gdzie zagrają, tam pójdą. Niestety.
Żyvie Bielaruś! Prosto z serca.
Fotografie zrobiłem w styczniu 2005 roku podczas mojej drugiej wyprawy na Białoruś. Poleska wieś, kolorowy telewizor, a z niego wystaje Aleksander Łukaszenka, prezydent w nieskończoność.
Vanessa
Typowe codzinniki. Worek pełen śmieci, brudów, nieużytków spożywczych. W dłoni jakieś listewki, worek. W drugiej dłoni jogurt pitny Danone (smak trauskawki, lubię). Wrzucam worek do kosza daleko od krawędzi pierwszego kosza (jest ich z reguły cztery). Mam takie poczucie, że Ci miejscy segregatorzy nie będą grzebać w mojej prywatności. Może to złudne, ale czuję się lepiej. Natomiast sam rzut należy do czystej przyjemności. Kultura.

Nagle pojawia się Vanessa, nazwa na potrzeby internetu. Zbliżam się do niej i patrzę w jej niewinność, brak poczucia wszystkiego i błogość. Jest fantomem, obrzydliwym, sztucznym i wzbudzającą w mojej osobie agresję, chęć silnego uwiecznienia, rejestracji. Wyjąłem aparat i zrobiłem kilka zdjęć. To jest chyba najbardziej udane.
Wracając do samego internetu i wszystkiego co się produkuje na jego potrzeby mam wrażenie, że wiele z tych prac nie powinno się pokazać. Podoba mi się jak artyści coś produkują, chowają do swoich magicznych szuflad i za jakiś czas pokazują pojedyncze egzemplarze swojej sztuki, działań. Też tak chcę. Mogę!
A ta Vanessa pewnie zaraz zniknie jak wszystko. Szczególną uwagę na śmietnik zasługuje informacja o zubożenie stajni Gazety Wyborczej (cieszę się, że tam nie pracuję, bo pewnie już bym nie pracował) o Jerzego Gumowskiego. Przyszłość prasy i tak jest jasna. Wszystkich fotografów / fotoreporterów zwolnią, działy fotograficzne pozamykają (-> Wprost), przecież dziś każdy fotografuje, a czytelnicy i widzowie chcą prostych obrazów. Tu przytaczam piękny uśmiech gwiazdy Jolanty Rutowicz – kto na to pozwala?
Myślę, że dobrą fotografię będzie można oglądać w takich miejscach jak w Piątek kiedy Wojtek Grzędziński pokazywał swoje fotografie z Gruzji, małe duszne pomieszczenia, dużo ludzi. Resztę chuj strzeli. Dziękuję.
zostaw komentarz